
Chętnie mogę się godzić, bo trudno temu zaprzeczyć.
Przeciwnie, nawet pojawienie się eschatologii w skatologii do -
wodzi prawdziwości stwierdzenia Tertuliana: anima naturaliter
christiana. Ulisses okazuje się dobrym antychrystem i tym sa -
mym dowodzi trwałości swego katolickiego chrystianizmu. Jest
on nie tylko chrześcijaninem, lecz nawet – co jest lepszym
tytułem do sławy – buddystą, sziwaitą i gnostykiem: “(Gło -
sem fal.) …Biała yogini bogów. Okultystyczny pimander Her-
mesa Trismegistosa. (Głosem świszczącego wichru morskiego.)
Punarjanam patsypunjaub! Nie dam z siebie zrobić frajera. Po -
wiedział ktoś, lekający się lewicy, kultu sakti. (Z okrzykiem pta-
ków morskich.) Sakti. Siwa. Ciemny ukryty ojcze. …Aum!
Baum! Pyjaum. Jam jest światłością domostw, jam jest senno-
pustym, pelnotłustym masłem.”
Najwyższe i najstarsze dobro duchowe, niezniszczalne nawet
w poniżeniu kloacznego dołu – czyż to nie wzruszające i zna -
czące? Nie ma takiej duszy, w której spiritus divinus
mógłby ostatecznie postradać życie w świecie smrodu i brudu.
Stary Hermes, ojciec wszelkich heretyckich manowców, miał
jednak słuszność: “Jako w górze, tak i na dole”. Stefan Dedalus,
ptasiogłowy pędziwiatr, ugrzązł w cuchnącym błocie ziemi, kiedy
chciał wzlecieć do królestwa zbyt eterycznego powietrza, i to, co
najwyższe i przed czym uciekał, spotkał znowu w tym, co naj-
niższe. “A gdybym uciekł na najdalszy kraniec świata, to..”
- następnik tego zdania jest bluźnierstwem
Ulissesa. Jeszcze lepiej: Bloom, zmysłowy, perwersyjny impotent
i szpicel, przeżywa w brudzie to, co mu się nigdy przedtem nie
zdarzyło – przemienienie w boga-człowieka. Oto radosna wieść:
kiedy wieczne znaki znikają z niebiańskiego firmamentu,
to szukająca trufli świnia odnajduje je na ziemi; znaki te są
bowiem niezbywalne i niezniszczalne, wyryte zarówno na górze,
jak i na dole, a tylko w przeklętym przez Boga, letnim miejscu pośrednim
nigdy nie można ich znaleźć.